818 Obserwatorzy
30 Obserwuję
pablos

Pablos czytelnik

Forrest Gump w stylu Hakana Nessera, czyli jak poprawić sobie humor

Jedenascie dni w Berlinie - Håkan Nesser

Nie licząc Mankella i Larssona, którzy są niejako poza kategorią, dwóch twórców skandynawskich uważam za lepszych, bardziej utalentowanych od reszty konkurencji: Asę Larsson i Hakana Nessera. O ile na kolejne powieści tej pierwszej czekam i nie mogę się doczekać, tak pan Nesser napisał tego już sporo, i co rusz wychodzi coś nowego. Tym razem w mój czytnik wpadła powieść nie należąca do żadnego większego cyklu, zatytułowana „Jedenaście dni w Berlinie”.

 

Rzecz jest absolutnie świetna. Poznajemy bohatera, młodego Szweda, który po wypadku w dzieciństwie ma spore problemy ze skupieniem, stał się powolniejszy, wiele stracił na zdrowiu, głównie przez uszkodzenie mózgu. Żyje sobie z ojcem, wujem i ciotką, aż nagle na łożu śmierci ojciec mówi mu, że w Berlinie mieszka jego matka, i że musi do tegoż Berlina się udać, by ją odnaleźć i przekazać pewien przedmiot.

 

Istotą lektury jest oczywiście obserwacja zagubionego, ale jednocześnie w pewien nielogiczny sposób odważnego, młodego człowieka, który mocno odstaje od reszty społeczeństwa. Zdaje sobie sprawę z własnej ułomności, ale dzielnie idzie do przodu, i jak łatwo można sobie wyobrazić, jego odmienność, plus obcy kraj, plus obcy język dają nam okazję do całej masy przedziwnych zdarzeń. Przy czym warto dodać, że tym razem Hakan Nesser nie dramatyzuje, nie skupia się na ciemnych odcieniach życia (jak w rewelacyjnej serii o inspektorze Barbarottim chociażby), a wręcz przeciwnie, pokazuje równie realnie, że życie często nie bywa aż tak poważne, jak nam się wydaje.

 

„Jedenaście dni w Berlinie” jest książką dość krzepiącą, przy czym autor umiejętnie bawi się różnego rodzaju nietypowymi zagraniami, trudnymi do wyjaśnienia wydarzeniami, by pokazać nam coś dobrego, coś przyjemnego, coś ciepłego. I choć mam duże problemy z trawieniem pewnego rodzaju literackich sztuczek, czy niewyjaśnionych zdarzeń, tym razem widząc jak mądrze zastosował je autor, i co przez to chciał pokazać wszystko kupuję bez wahania. Po tym pisarzu nigdy bym się nie spodziewał tak uroczej historii. Zdecydowanie polecam.

Nie, w moich oczach nic „Uratuj mnie” nie uratuje

Uratuj mnie - Guillaume Musso

Z realizmem magicznym jest trochę jak z literaturą grozy. Wiemy, że czytamy bzdury, duby smalone, ale i tak się dobrze bawimy. Poprzeczkę zmieniającą przyjemne wrażenie płynące z historii na rzecz przesadzoną i już znacznie trudniejszą do przyjęcia każdy ma zawieszoną na innej wysokości. Dlatego też znajdzie się wielu, dla których „Uratuj mnie” będzie kolejną dobrą powieścią Musso. Tym lepiej dla nich, a dla mnie gorzej, bo czas z książką spędzony niestety uważam za zmarnowany.

 

Początkowo nic nie zapowiada katastrofy, wręcz przeciwnie. Pamiętając o naprawdę niezłym „Central Parku” w wyobraźni nawet widziałem kolejną, podobnie interesującą książkę, może z równie nieprzewidzianym przeze mnie zakończeniem? Poznajemy bohaterów, widzimy ich uczucie, dostrzegamy zależności życiowe, które ich powstrzymują, i tak dalej, niemalże widząc już czekające przeszkody, z pewnością do pokonania.

 

Niestety nagle jednak autor swój realizm magiczny zaczyna traktować bardzo dosłownie. W momencie, gdy jedną z bohaterek staje się osoba od dawna nieżyjąca, która PO COŚ wróciła na ziemię, lektura straciła cały swój urok. Skończyłem tylko dlatego, że nienawidzę mieć niedokończonych książek. Tej nie polecam, sorry, są bzdury i BZDURY. Dla mnie to było zbyt wiele, jest różnica między posługiwaniem się tego typu motywami by coś czytelnikowi powiedzieć, a zwyczajnym pójściem na łatwiznę.

Niby thriller, ale jednak nie, czyli Guillame Musso po raz kolejny

Central Park - Guillaume Musso

Znany raczej z powieści należących do gatunku realizmu magicznego  Guillame Musso czasem jednak robi skok w bok. Tak było w „Telefonie od anioła”, i tak też jest w przypadku „Central Parku”. Ponownie staniemy się świadkami rodzącego się uczucia między dwojgiem ludzi, i ponownie nastąpi to w bardzo nietypowych, interesujących okolicznościach.

 

Bohaterów poznajemy na ławce w parku. Budzą się nie dość, że obok siebie, obcy, i nie dość, że spięci kajdankami (w sensie: ze sobą spięci), to jeszcze ani ona, ani on nie potrafią sobie przypomnieć końcówki poprzedniego wieczoru. Normalnie bym się takim początkiem niespecjalnie zainteresował – brzmi jak rozpoczęcie kolejnej powieści sensacyjno-kryminalnej z gatunku zabili go i uciekł, ale to jest Musso. Znając już jego kilka książek wiem, że można się spodziewać czegoś nieprzewidzianego, zaskakującego. A przy tym lektury lekkiej i niewymagającej. Super na lato.

 

I tak też jest; początkowy thriller wydaje się iść utartą ścieżką, podczas lektury po głowie chodzą nazwiska żyjących z tego gatunku rzemieślników, Tess Gerritsen, Alex Kava itp. Aż tu nagle przychodzi to, na co fan Musso czeka i od tego momentu trudno być niezadowolonym czytelnikiem. Książka faktycznie zbacza z drogi w kierunku zupełnie innych, nieprzewidzianych tematów, i pozostając lekturą lekką dostarcza jednak coś więcej, niż po prostu kolejny thriller z happy endem.

 

Czasem tak jest, że czytelnik robi sobie przerwę od literatury. Bo jakaś powieść go zmęczyła, bo zaczął kilka różnych, a żadna nie chce wciągnąć. I tu z pomocą przychodzi Guillame Musso – mój wybór numer jeden w takich literacko-kacowych sytuacjach. Przy jego książkach się odpoczywa wciąż jednak czytając, czyli można uciec od innego rodzaju kaca: wywołanego odstawieniem książek. Doskonały na chwile z cyklu chcę czytać ale sam nie wiem czego chcę, polecam, sprawdzone.

Powieść nadmuchana do granic możliwości, czyli o "Podpalaczce" Kinga

Podpalaczka - Stephen King

Powszechnie znaną prawdą o Stephenie Kingu, prócz tego, że jest bardzo utalentowanym twórcą, jest także fakt jego gadulstwa. Niejedna powieść, także te najlepsze, mogłaby być jeszcze bardziej udaną, gdyby pisarz powstrzymał swoje pióro i zwyczajnie ograniczył tę część opisów, które faktycznie nie wprowadzają wiele do lektury. Inną sprawą, że gadulstwo Kinga może się podobać, co mi się przytrafiło w przypadku powieści "Christine". Ale ja nie o tym dzisiaj, tylko o "Podpalaczce". Otóż nim cokolwiek powiem na temat fabuły jedno muszę rzec od razu: spośród wszystkich powieści Kinga jakie przeczytałem, ta właśnie zasługuje na Medal Prawdziwego Grafomana, bowiem tak ogromnej ilości kompletnie niepotrzebnych słów jeszcze w życiu nie widziałem. To jakiś rekord. Na końcu powieści powinien być wydrukowany dyplom z miejscem na uzupełnienie własnego imienia i nazwiska, dla tych, którzy będą potrafili dobrnąć do ostatniej strony.

 

Początkowo tego oczywiście nie widać. Przy pierwszych stronach książki czytelnik jest bardzo zadowolony, bowiem King, zupełnie jak w bardzo udanej według mnie "Martwej strefie" zamiast pisać horror tworzy thriller. Taki w stylu swojego odwiecznego konkurenta - Deana Koontza. Oto poznajemy uciekających ojca i córkę, uciekają przed jedną z setek tajnych amerykańskich organizacji rządowych, bowiem córka posiada moc pirokinezy - jest podpalaczką. Oczywiście jak na Kinga przystało w trakcie mieszania czasów akcji dowiemy się dokładnie skąd owa moc się wzięła, i mniej więcej w tym samym momencie lektura przestanie sprawiać czytelnikowi przyjemność i zacznie bywać nudna. A im dalej, tym gorzej, w końcu zaczyna brakować interesujących postaci, na których można skupić uwagę, ponadto King robi coś, co książkę de facto zabija: kreuje agentów rządowych w myśl zasady polskiego ludowego ORMO - czyli kompletnych idiotów, wykonujących ten zawód tylko przez fakt bycia istotą ograniczoną intelektualnie, dzięki czemu łatwą w sterowaniu, wykonującą polecenia bez męczącego zastanawiania się nad ich celowością.

 

W tym momencie czytelnik zupełnie traci zainteresowanie dla dalszych losów Charlie i Andy'ego, gdyż sprawa staje się zwyczajnie oczywista. King kompletnie nie dba o jakość swojej powieści, idąc ścieżką widoczną dla każdego, podążając nią do samego końca, przewidywalnego jak fakt nadejścia świtu po nocy. Jest to pierwsza książka Stephena Kinga, którą zdecydowanie odradzam; którą polecić mogę jedynie badaczom twórczości Mistrza, którzy potrzebują ją znać dla innego celu, niż sama lektura, ta bowiem jest zupełnie pozbawiona wdzięku, to materiał na dobre opowiadanie w stylu "Z Archiwum X" ale nie kilkuset stronicową powieść. Szkoda Waszego czasu.

Czym jest wojna przypomina Wojtek Miłoszewski

Inwazja - Wojtek Miłoszewski

Trochę się obawiałem tej książki, bowiem tematyka, jaką porusza wywołuje lekkie ostrzeżenie. Zawsze tak mam: jeśli bohaterami powieści okazują się faktyczni, znani nam ludzie, szczególnie ci decyzyjni, obawiam się o jakość lektury. Jakbym się spodziewał, że skoro autor zaczyna wsadzać w usta Hollande’a, Merkel czy Putina słowa prowadzące do czynów, to jedynym celem książki będzie łatwe wywołanie kontrowersji i szybki zarobek na tejże.

 

W przypadku Inwazji jednak obawy okazały się niepotrzebne. Jasne, gdy trwa rozmowa światowych przywódców, i w tych nielicznych fragmentach pokazujących prezesa, prezydenta i ministra obrony narodowej lektura wymaga dodatkowego zaangażowania, ale poza tym mamy do czynienia z naprawdę poważnym podejściem do jeszcze poważniejszego tematu: wojny.

 

Otóż w wersji autora Rosja nie zatrzymała się na Krymie i wschodniej granicy Ukrainy. Kraju naszych sąsiadów już nie ma, i Polska graniczy z Rosją teraz już nie tylko przy Obwodzie Kaliningradzkim, ale i na wschodzie. Coraz durniejsze działania polskiej strony (aczkolwiek układające się w logiczny ciąg z tym, co zdążyliśmy przez ostatnie dwa lata obejrzeć) służą za pretekst dla Putina i wybucha wojna polsko-rosyjska. Jej przebieg jest oczywisty – armia bez głównych dowódców wojskowych i z wiecznie skłóconym przywództwem politycznym nie może się sprawdzić niezależnie od tego jak by nie była liczna i dobrze wyposażona.

 

Wojtek Miłoszewski na przykładzie kilku postaci prezentuje czym wojna tak naprawdę jest, przypominając tym, co zapomnieli i uświadamiając tych, którzy żyją w swoim własnym świecie wyobraźni i wiary w słowa płynące z mediów. Autor nie oszczędza czytelnika, pokazując, że zbrojny konflikt to nie tylko walki między armiami i żołnierzami. To przede wszystkim chaos i koniec życia jakie znamy, przypomnienie w jakim luksusie żyjemy i jak niewiele trzeba, by nam wszystko odebrać, wszystko, na co pracowaliśmy całe dotychczasowe życie, często w upokorzeniu i poczuciu braku nawet podstawowej społecznej sprawiedliwości. Miłoszewski nie unika ukazywania rzeczy strasznych i wyraźnie wskazuje, że w razie wojny nim zabije cię kula wroga minie całkiem sporo czasu. Czasu, podczas którego nikt nie wyciągnie do ciebie ręki, wręcz przeciwnie: nim dopadnie cię bomba spuszczona z samolotu wykończy się sąsiad, który w wojennym chaosie upatruje swojej dostatniej przyszłości.

 

Niektórzy powiedzą, że autor po prostu pisze rzeczy okropne, a umieszczenie w centrum zdarzeń, jako osób współodpowiedzialnych polskiego aktualnego rządu jest wyrazem jego poglądów politycznych. Jednak przyczyny konfliktu tu nie są najważniejsze, a sama wojna, i każdy kto ma odrobinę wyobraźni i w miarę szeroko otwarte oczy szybko dostrzeże, że opis Polski zawarty w Inwazji nie jest opisem Polski PiS-u, ale Polski w ogóle, plus całego otaczającego nas świata sojuszy, układów, unii i wzajemnego klepania się po plecach oraz pozowania do zdjęć, czynności tak często sprawiającej wrażenie jedynego powodu kolejnych szczytów i spotkań. NATO reaguje dokładnie tak, jak możemy się tego spodziewać, nasi sąsiedzi udają, że stoją z boku, faktycznie układając się z nowym, rosyjskim rządem, tymczasem fabuła i dzieje przedstawionych postaci coraz wyraźniej wskazują, że powieść raczej nie będzie jednorazowym wystrzałem, że prawdopodobnie szykuje się może cały cykl, a na pewno chociaż drugi tom. To akcja zakrojona na większą skalę, Miłoszewski zaczyna dopiero rozstawiać klocki na arenie, widać przygotowania Arabów, widać wcale nie neutralnych Chińczyków…

 

Nauczeni jesteśmy chwalić i świętować rocznice wszelakich niepowodzeń, gdy nasi przodkowie rzucali się z motyką na słońce w kolejnych zrywach i powstaniach. Czuję, że Wojtek Miłoszewski ten temat poruszy w tomie kolejnym, i nie przeszkadzałoby mi, gdyby tom ten powstał dość szybko. Jest bowiem Inwazja dobrą książką, w której doprawdy ani znane nazwisko autora ani kontrowersyjny pomysł na fabułę nie okazały się wydmuszkami; jest to powieść poruszająca ważny temat i niezależnie od zaprezentowanych fikcyjnych wydarzeń pewne uniwersalne prawdy przypomina, bardzo dosadnie i brutalnie. Ale też żyjemy w takim świecie, w którym czas już najwyższy owe prawdy przypomnieć.

Powrót „Nocarza” bardziej niż udany!

Młody - Magdalena Kozak

Na wieść o tym, że Magdalena Kozak w maju zamierza wydać napisaną po dłuższej przerwie kontynuację cyklu Nocarz, nie powiem, byłem bardzo „za”. Jest to jedna z tych serii, którą mam i na półce, i w wersji elektronicznej, i w ogóle całość zaliczyłem więcej niż trzy razy. Bardzo bawi mnie wizja wampirów wyposażonych w najróżniejsze rodzaje broni i zachowujących się jak jednostki specjalne. Stąd parę tygodni temu ponownie skończyłem pierwotną trylogię, a teraz, po przygodzie z Młodym mam ogromną nadzieję, że na tej jednej pozycji się nie skończy. Powrót do świata Vespera, Neksa, Ultora i reszty barwnych postaci jest bowiem czystą przyjemnością.

 

Przez tych parę lat u mnie się nic nie zmieniło w kwestii militariów, mundurów i broni – wciąż zadowala mnie pozycja obserwatora, w ogóle mnie to nie kręci. Mimo to autorka wciąż potrafi mnie zainteresować – i to jest ten element, którego tak brakowało mi we Fiolecie i Łzach diabła. Od dawna powtarzam, że Magda Kozak potrafi, że jeśli do otoczki militarno-wojennej doda dobrą fabułę i ciekawe postaci, tak doprawdy każdy rodzaj czytelnika będzie się dobrze bawił. A w przypadku cyklu nocarskiego mamy i jedno, i drugie.

 

Autorka rozpoczyna opowieść dokładnie tam, gdzie ją przerwała w tomie zatytułowanym Nikt. Głupio byłoby tu pisać o wydarzeniach, roli i miejscu Vespera, bowiem to zostało wyjaśnione w oryginalnej trylogii i nie będę nikomu psuł zabawy samodzielnego odkrywania kolejnych wydarzeń. Ograniczę się do stwierdzenia, że Młody w żadnym wypadku nie wygląda na skok na kasę lub odcinanie kuponów od popularności poprzedników. To pełnoprawny tom czwarty, choć ja mam ogromną nadzieję, że jednak tom pierwszy kolejnej trylogii czy innej większej całości. Nasz ulubiony wampir w typowy dla siebie sposób odnajduje się stopniowo w nowej dla siebie rzeczywistości, a Magdalena Kozak zaimponowała mi drobiazgowością w konstruowaniu kolejnych wydarzeń. To nie jest po prostu „jeszcze jedna przygoda w lubianym świecie”, tylko ponowne, totalne zaangażowanie czytelnika; prezentacja nie po prostu znanych i lubianych, ale zupełnie nowych opcji, możliwości i problemów. Przy tym są to problemy, które… cóż, Młody mocno mi się kojarzy z Renegatem, według mnie najlepszym tomem oryginalnej trylogii. Po prezentacji świata w Nocarzu niejeden z czytelników nie zgadzał się z pewnymi zdarzeniami, tradycjami, powinnościami. I nowa powieść oferuje, jak Renegat, podjęcie tematu, próbę przeprowadzenia zmian, ukazanie świata z perspektywy drugiej strony. Może brzmi to zawile, sorry, ale nie chcę niczego psuć, odkrywanie kolejnych wydarzeń jest dużą przyjemnością, tak, jak przyjemnością jest oglądanie Vespera przy pracy.

 

Fanom i czytelnikom znającym trylogię Młodego polecać nie trzeba. Wszystkim pozostałym polecam komplet powieści, to literatura rozrywkowa na bardzo wysokim poziomie, przedstawionego tu świata i bohaterów nie sposób nie polubić.

Eksperyment zdecydowanie nieudany, rzecz raczej tylko dla najwierniejszych fanów

Rok wilkołaka -

Zachwycając się powieściami takimi jak „Cujo” czy „Christine” najbardziej uderzał mnie talent autora do opisania czegoś prostego, pomysłu banalnego wręcz, w tak rozbudowany, ciekawy i pomysłowy sposób. Oto pisarstwo właśnie, to, co mnie z nóg zwala najbardziej – prosty pomysł ale wspaniałe., pełne polotu wykonanie. Niestety jednak każdy czasem może się potknąć, nawet Stephen King. Bo inaczej niż potknięcia i pomyłki nie potrafię nazwać tej miniatury, którą jest „Rok wilkołaka”.

 

Wytłumaczeniem formy ma być podobno zamówienie/prośba, aby autor przygotował coś niedługiego, zbudowanego z dwunastu fragmentów, co może znaleźć się na kalendarzu. King zatem wybrał postać wilkołaka, bo przecież jest autorem horrorów, a legendy mówią o przeobrażeniu w potwora w okresie pełni, czyli cyklu miesięcznym.

 

Mówi się, że autor po prostu się rozpisał – zresztą jest to wytłumaczenie, które obroni nawet najsłabszy adwokat, wszak wiadomo jak rozpisywać się King uwielbia. Dlatego z kalendarza nic nie wyszło, a „Rok wilkołaka” został wydany jako powieść, choć bardzo krótka. Sam sobie wyobrażam, że coś takiego powinno być przepięknie wydane, z ilustracjami (które faktycznie tu występują, także w wersji elektronicznej) i oddawane największym fanom jako specjalny okaz w ich kolekcji powieści Kinga. Coś na kształt trofeum. Bo wydanie książki dla niej samej… cóż, najlepsza to ona nie jest, stąd mój pomysł, bowiem tylko najwięksi fani prozy Mistrza tę pozycję docenią.

 

Jest to opowieść tak bardzo przewidywalna, tak bardzo pozbawiona elementu zaskoczenia, tak oczywista, że dziwię się, że nie funkcjonuje w sieci jako mem. Bo autentycznie mogłaby być czymś na kształt przysłowia, do którego czytelnicy by się odwoływali. – Wiesz, ostatnio czytałem to i to… I jak? Dobre? No, wyszedł taki „Rok wilkołaka”. Acha… No… – i aż czuć świadomość rozczarowania czytelnika, nic więcej dodawać nie trzeba.

 

Bardzo krótkie rozdziały ukazują kolejne ofiary w kolejnych miesiącach, w tle nieduże miasteczko, ale o ile zazwyczaj miasteczko i bohaterowie u Kinga bywają ciekawi, tak tu wszystko jest za krótkie by traktować postaci poważnie, nawet by je zapamiętać z imienia. Prawdę mówiąc aż brakuje typowych dla Kinga dłużyzn, brakuje by nagle powiedział: a, co mi tam, jedziemy jak zwykle! – i rozpisał historię na kilkaset stron, gdzie wilkołak byłby powodem tworzenia, ale treścią faktycznie bohaterowie i miejsce, w którym żyją. Bo znając możliwości Kinga „Rok wilkołaka” wygląda nie na coś po prostu krótkiego, ale raczej na coś szybkiego, stworzonego na kolanie byle jak, byle było.

Stąd uważam, że książeczka powinna być wydawana ekskluzywnie i najlepiej rozdawana przez autora fanom, bo nie wiem ile warto zapłacić za takie wykonanie, ale raczej mniej, niż więcej. A najlepiej nic.

Im prostszy pomysł, tym lepsza fabuła? Czyli znowu o Kingu z szacunkiem

Christine - Arkadiusz Nakoniecznik, Stephen King

„Christine”, podobnie jak „Cujo” jest pozycją, którą naprawdę trudno przegapić. Czy to ze względu na sławę autora, czy popularność filmów na podstawie książek – trudno znaleźć kogoś, kto by nie kojarzył, że Christine, to – ten, no wiesz, ten samochód, co mordował ludzi.

 

Pomysł brzmi prostacko. Nawet jeśli za punkt wyjścia weźmiemy założenie, że horror równa się bzdury, tak opracowanie pomysłu o mordującym ludzi samochodzie brzmi nawet wówczas nieco żałośnie.

 

Tym bardziej zachęcam do sięgnięcia po książkę, jest ona bowiem popisem takiego talentu pisarskiego i takiego polotu i swobody narratora, że nawet mordujący ludzi samochód jej nie jest w stanie zaszkodzić.

 

Bowiem King, jak na Urodzonego Pisarza przystało, przedstawia nam bohaterów i świat, w którym żyją tak lekko i naturalnie, że nim na poważnie zaczniemy rozważać opcje dotyczące samochodu zupełnie w ten świat wsiąkniemy. Spora część powieści pisana jest z perspektywy pierwszej osoby, przez przyjaciela postaci, która weszła w posiadanie Christine. Pokaz życia w końcówce lat siedemdziesiątych w USA to przygoda sama w sobie, King znany jest ze swady i nonszalancji w opisywaniu świata sobie doskonale znanego, i potrafi robić to w taki sposób, że po prostu w tym świecie się na czas trwania lektury żyje.

 

Historia przyjaźni nastolatków wkraczających w dorosłość, problemy w szkole, problemy z dziewczynami, problemy z rodzicami, problemy z kasą – to samo życie, i dzięki swobodzie pisarza identyfikujemy się z bohaterami od pierwszych stron powieści. Stopniowe odkrywanie, że z Christine jest coś nie tak zamiast powodować uniesienie brwi z zażenowaniem powoduje wzrost napięcia. King wplata morderczy pojazd w opowieść w taki sposób, że – MÓWIĘ POWAŻNIE – można się wystraszyć. Tak, tej bzdury na kółkach (dosłownie). Klimat wytworzony przez stopniowe wstawianie bariery w życie Andy’ego, bariery oddzielającej go coraz bardziej od przyjaciela, rodziców a nawet dziewczyny powoduje, że napięcie staje się tak potężne, iż dalsze wydarzenia nie zdają się już bzdurami, są wręcz oczekiwane, tak bardzo na miejscu.

 

Zastanawiałem się jak King osiągnął ten pułap, żeby z czegoś tak bardzo naciąganego zrobić tak dobrą opowieść. I doszedłem do wniosku, że mamy w Christine do czynienia z typowo kingowskimi dłużyznami, rozbudowanymi opisami nie zawsze interesującymi czytelnika – i że to paradoksalnie one przygotowały grunt pod stworzenie z tej nieprawdopodobnej historii rzecz aż tak wciągającą, i niemal rzeczywistą. Dbałość w przedstawianiu wszystkiego po kolei, dbałość w opisywaniu życia nastolatków i relacji między nimi a także świata, w jakim przyszło im żyć, świata tu i ówdzie zamkniętego, ale jednak w pewnych miejscach oferującego pewne możliwości, przy pewnym ryzyku rzecz jasna – dbałość o szczegóły. Owszem, nadmuchało to książkę, i niejeden czytelnik także tu (jak w wielu innych pozycjach Kinga) będzie szukał nożyc, tak jednak mi się wydaje, że nadmiar opisów Christine zamiast zaszkodzić – pomógł, bowiem ta bzdura, ta groteska, jaką jest mordujący ludzi Plymouth 1958 zamiast wzbudzać prychnięcia i lekceważenie potrafi wzbudzić strach. A to jest bezcenne.

King trochę inny, niż zwykle, ale wciąż bardzo dobry

Martwa Strefa - Stephen King, Krzysztof Sokołowski

"Martwa strefa" wydaje się być mniej promowaną powieścią Stephena Kinga; nie widać tego tytułu we wszelakich zestawieniach, nie występuje obok "Carrie", "Cujo" czy "Lśnienia", czyli innych powstałych w podobnym okresie książkach - na początku kariery pisarza. Po lekturze muszę przyznać, że jestem trochę zaskoczony tą nieobecnością, bowiem "Martwa strefa", wydana w Polsce także jako "Strefa śmierci" jest pozycją bardzo dobrą, według mnie co najmniej dorównującą wyżej wymienionym.

 

Może nie jest to faktycznie horror, choć to, co przedstawia nam King także może być straszne. Są różne rodzaje strachu, potocznie wydaje się, że najbardziej boimy się duchów, istot nie z tego świata, demonów itp. Są jednak ludzie, którzy w życiu nie poświęcili chwili na chociażby rozważanie istnienia świata nadprzyrodzonego, a jednak czują gęsią skórkę na myśl o proroctwach i przepowiedniach. Nostradamus chociażby - ten w dzisiejszych czasach zrobiłby karierę! Albo z innej beczki - objawienia fatimskie. Dzieci coś widziały, a przynajmniej w danej chwili były pewne, że widziały. Przekazały wiedzę dalej, a ta została wykorzystana, odczytana, ujawniona. Można wyśmiewać istnienie duchów, a jednocześnie odczuwać pewny niepokój na myśl o "trafionych" przepowiedniach. I tym rodzajem niepokoju posługuje się King w "Martwej strefie".

 

Autor przedstawia nam Johnny'ego, młodego nauczyciela, który ma wyjątkowego pecha: w dzień, w którym miał pierwszy raz pójść na całość ze swoją dziewczyną ta się rozchorowuje, a on bierze udział w wypadku samochodowym. Budzi się ze śpiączki prawie pięć lat później, i szybko do niego dociera, że coś mocno się zmieniło. Bywa, że dotykając innej osoby widzi jej przyszłość, zdarzenie, które tę osobę czeka.

 

Powieść bardzo umiejętnie łączy dramat skrzywdzonego przez los młodego mężczyzny z thrillerem zbudowanym właśnie na zaniepokojeniu czytelnika i ciągłym przypominaniu mu, że mówimy o Johnnym, a on zawsze trafia z przepowiedniami. Mężczyzna radzić sobie musi nie tylko z coraz większą sławą i pijawkami, które pragną na owej sławie zarobić (co podobno pokazuje samego autora, który musiał w owym czasie radzić sobie z coraz większą popularnością i brakiem anonimowości), ale także z problemami powstałymi dookoła jego choroby. Że dziewczyna w międzyczasie wyszła za mąż - bywa, wszak nie było pewnym, że się obudzi. Gorzej, że matka, zawsze mocno wierząca, teraz wpadła po prostu w trans, jest idealnym kandydatem dla naciągaczy w sutannach, i wiecie, można się śmiać, ale wyobraźcie sobie, że to wasza matka. King pisze tak, że czuć ból męża i syna, którzy dzień po dniu obserwują, jak z powodu choroby psychicznej kobieta niknie.

 

Poza dobrymi elementami fabuły i jak zwykle świetną narracją, "Martwa strefa" oferuje coś jeszcze: ciągłe niespodzianki. Po lekturze "Cujo" można odnieść wrażenie, że "Martwa strefa" będzie książką o mordercy, w którego schwytaniu pomoże Johnny. Powieść momentami rozgrywa się w Castle Rock i część bohaterów się powiela, co jest częste u Kinga, odniesienia do "Martwej strefy" i "Cujo" można odnaleźć jeszcze m.in. w świetnym "Sklepiku z marzeniami". Jakież było moje zaskoczenie, gdy okazało się, że cała ta akcja (swoją drogą: znowu mocno niepokojąca) z mordercą jest zaledwie fragmentem powieści, i że "tym złym" wcale nie okaże się zbrodniarz z Castle Rock, a ktoś zupełnie inny. Ktoś, kto swoją osobą znowu obraca o 180 stopni wrażenie czytelnika z lektury; ktoś, kto musiał Kingowi zapaść w pamięć na dłużej, a motywy nad którymi zastanawia się Johnny odnajdziemy ponownie w późniejszej o ponad trzydzieści lat książce zatytułowanej "Dallas '63".

 

Jak już pisałem: według mnie powieść zasługuje na miejsce na regale obok największych książek Kinga z początku jego kariery pisarskiej. Uderza talent autora, jego wszechstronność. Kiedy w "Ręce mistrza" pokazywał jak działa mózg po uszkodzeniach wiedzieliśmy, że jest tak dobry, bo sam przeżył trudną rehabilitację po swoim słynnym wypadku. Ale w roku 1979 także potrafił sensownie pisać nie tylko o strachach, ale i chorobach, śpiączce, wrażeniach osoby po przejściach. To trochę inny King, jak i Johnny jest trochę innym bohaterem; pod pewnymi względami ta właśnie książka może straszyć bardziej niż te faktycznie straszne, bowiem czym innym jest zmierzenie się z czymś nadprzyrodzonym, a czym innym z własnym sumieniem. King mistrzowsko racjonalizuje to, co niezwykłe. Nie w stylu "Carrie", gdzie jego cytowanie naukowców opisujących telekinezę brzmiało jak sympatyczny, pełen bzdur, typowy dla horroru bełkot. Nie, w "Martwej strefie" do samego końca udaje się autorowi przekonywać czytelnika, że nie takie rzeczy ludzkość już widziała, i że to się dzieje naprawdę, tu i teraz.

"Cujo" - i zastanawiaj się co cię bardziej przeraża

Cujo - Stephen King

Trudno dziś znaleźć kogoś, kto mógłby nie wiedzieć czym i o czym jest powieść “Cujo”. Jedna z pierwszych powieści Stephena Kinga, o której dziś autor mówi, jakoby zupełnie nie pamiętał większej części procesu jej tworzenia, z powodu swojego aktywnego wówczas nałogu alkoholowego. Dla tych, którzy żyją pod kamieniem szybkie skierowanie na odpowiedni tor: jest to horror (patrz: nazwisko autora), którego głównym bohaterem jest pies rasy bernardyn. Chory na wściekliznę.

 

Wiadomo, że narrację to King ma świetną. A nim zaczął kreować tysiącstronicowe cegły potrzebujące nożyc potrafił zmieścić się z opowieścią w znacznie krótszych ramach, dzięki czemu narracja była tylko świetna, bez dłużyzn i zbędnych jednak słów, jak w wielu późniejszych powieściach. “Cujo” należy do tej właśnie kategorii - powieści raczej szybkiej, dynamicznej, pełnej zwrotów akcji. Ale wcale nie pozbawionej kingowskich dygresji o życiu codziennym człowieka amerykańskiego, o zdradach kobiet, braku honoru u mężczyzn, ogólnej tępocie ludzkości i dziecięcej ufności w przyjaźń i miłość, ale i podatności na złe wzory u dorosłych.

 

Jednak tym, co w książce bawi najlepiej jest pomysł, które lata później wykorzystali bracia Coen w filmie “Fargo” (powielony potem w serialu). Pokaz tego, jak życie może być złośliwe, gdy w ciągu jednej chwili zbiera się całkiem spora grupa tak zwanych zbiegów okoliczności, wywołanych najczęściej nieuwagą lub codzienną głupotą; powodujących, że zwykła zdawałoby się, codzienna sprawa, jedna z wielu do załatwienia, staje się śmiertelną pułapką. A taka dokładnie sytuacja przytrafiła się Donnie i jej synkowi. Po prostu zbieg niekorzystnych okoliczności, które zaowocowały przerażającym dramatem.

 

I to życie nieźle straszy. Dodatkowo lektura będzie przerażająca dla wszystkich miłośników psów, ale strasząca zupełnie innym rodzajem strachu. Choć terror sieje gigantyczna maszyna do zabijania ani przez chwilę czytelnik nie pała do niej nienawiścią, nie życzy Cujo śmierci, wręcz przeciwnie. Paskudna choroba została przez Kinga mistrzowsko zarysowana za pomocą udanej wędrówki wgłąb psiego umysłu. Kibicujemy Donnie i Tadowi, zagryzamy wargi ze zgryzoty, trzymamy kciuki i obgryzamy paznokcie ze stresu za tą parą nieszczęśników. Ale prawdziwy strach i ból odczuwamy na myśl o psie, który w danej chwili jest niebezpieczeństwem, ba, wręcz śmiercią, ale tak naprawdę to on jest największą ofiarą.

"Nocarz", "Renegat", "Nikt" - czyli ponowna przygoda w oczekiwaniu na nową powieść w serii

Nocarz - Magdalena Kozak Renegat - Magdalena Kozak Nikt - Magdalena Kozak

Parę dni temu pojawiła się informacja, że w maju ukaże się nowa powieść Magdaleny Kozak, zatytułowana "Młody". I co? I, proszę ja Was, ma to być powrót do bez wątpienia NAJLEPSZYCH książek tej autorki, czyli cyklu o wampirach. Wampirach-żołnierzach, nie wampirach-bożyszczach nastolatek. Wampirach-wojownikach, podzielonych na frakcje, gdzie część pragnie pokojowej koegzysencji z ludźmi, a dla części ludzie na zawsze pozostaną jedynie pokarmem. Uważam się za fana cyklu, strasznie mnie wieść o powrocie do tego świata ucieszyła, moje "wtyki" u autorki doniosły, że książka jest OK, a oczekiwanie na premierę postanowiłem sobie umilić powrotem do Vespera i jego przygód.

 

A jak dobre są to przygody! Magdalena Kozak znana z zamiłowania do żołnierki i dyscypliny wojskowej potrafiła tak wspaniale ukazać te właśnie elementy, że nawet tacy jak ja, nie tylko odporni, ale wręcz niechętni zorganizowanym mundurom wszelakim bez problemu potrafią się zaangażować. Wprowadzenie wampirów do służb bezpieczeństwa było strzałem w dziesiątkę przed dekadą, i równie bawi dzisiaj. Historia zaskakuje nie tylko kolejno ukazanymi wydarzeniami, ale także umiejętnym pokazaniem braterstwa między dzielącymi  niebezpieczeństwo, przyjaźni między mającymi o siebie dbać kosztem życia a także interesującym poruszeniem tematu winy i kary.

 

To się czyta jednym tchem, z półki ściągnąłem "Nocarza" w piątek, by już poniedziałkowym rankiem dokończyć "Nikta". Wspaniale było ponownie przeżyć podejrzliwość względem tomu pierwszego (coś tu przecież nie gra, to widać!), absolutne zaangażowanie w tom drugi (ja też byłbym renegatem, bez dwóch zdań) i niepokój o koniec towarzyszący czytelnikowi do ostatnich stron tomu trzeciego. Czytając historię Vespera znowu miałem wrażenie czynnego uczestnictwa w walce, radośnie przeżywając zwycięstwa, ale i odczuwając niemalże realny ból gdy przyszło ponieść ciężkie straty. Te książki przez ostatnią dekadę nic a nic się nie zestarzały, i obok cyklu o Razumowskim Adama Przechrzty pozostają dla mnie idealnym, podręcznikowym wręcz przykładem na to, jak należy pisać o militariach, wojsku i dyscyplinie, by każdy potrafił zrozumieć, zaangażować się i bawić przy tym doskonale.

 

"Szklana pułapka" na Wyspach Owczych, czyli o "Promie" słów parę

Prom - Ove Logmansbo

Jeżeli uznamy, że "Enklawa" posiadała elementy thrillera, a "Połów" był rasowym kryminałem, tak "Prom" można zaliczyć do literatury sensacyjnej. Autor powracając do policjantki Katrine Ellegaard i byłego żołnierza (i skazańca) Hallbjorna Olsena mocno skręcił z obranej drogi, fundując nam dalsze losy pełne fajerwerków. W trzeciej części nie ma ani odrobiny nudy, która towarzyszyła mi podczas tomu drugiego; to powieść wypełniona akcją, nowoczesna odpowiedź na filmy z Hollywood, ze szczególnym naciskiem na cykl "Szklana pułapka".

 

Powieść jest bardzo dynamicznie napisana, a to, co przeżyć muszą znani nam, lubiani bohaterowie... to wydarzenia tak okrutne, że czytelnik nie nadąża przewracać oczami, pragnąc jak najszybciej iść dalej i dalej, aż do jakiegoś rozwiązania, uspokojenia, momentu wytchnienia. Remigiusz Mróz pokazuje się w tej książce jako autor bezlitosny, aż boli oglądanie okrutnego losu, boli, ale i fascynuje. Ciekawe, czy będzie ciąg dalszy? Bo zakończenie jest bardzo odważne i... definitywne. Przyznam się, że chętnie bym jeszcze do bohaterów wrócił, tak ich polubiłem.

 

Dawno nie przeżywałem takich emocji, przy czym warto wspomnieć, że pod tą całą akcją książka mówi o rzeczach istotnych, pokazując czasy, w których żyjemy z interesującej perspektywy. I jeszcze mała uwaga na koniec: widziałem, że odkąd autor ujawnił, iż to on kryje się pod pseudonimem Logmansbo, niektórzy zaczęli czytać powieści o Wyspach Owczych od "Promu" właśnie. Nie, nie, nie - bolesna pomyłka, nie idźcie tą drogą. Lektura w odpowiedniej kolejności to zupełnie inne doznanie; ten cykl należy czytać chronologicznie.

Wyraźny spadek formy, oby tylko chwilowy, czyli ciąg dalszy "Enklawy"

Połów - Ove Logmansbo

Jak można było przypuszczać, co najmniej dziwne (w interesujący, nietypowy sposób dziwne) zakończenie Enklawy oznacza, że historia Hallbjorna i Katrine jest daleka od zakończenia. Oboje ponownie spotkają się w Vestmannie, a powodem, dla którego duńska policjantka trafi na Wyspy Owcze jest odnaleziony szkielet - kości sprzed trzydziestu lat, których tożsamość nie da spokoju bohaterce.

 

Stare kości, które w zasadzie mało kogo interesują nie mają szans w starciu z zaginięciem, a może i morderstwem nastolatki. Stąd impet znany z tomu pierwszego tu jest nieobecny. Autor cały czas dobrze sobie radzi ze słowami, ale jest to pierwsza książka Remigiusza Mroza, przy której momentami zdarzało mi się ziewnąć. Powodem jest właśnie mało ciekawa sprawa z przeszłości; od samego początku widać, że nie będzie to niesamowity fajerwerk, żaden gigantyczny, zapadający w pamięć twist (choć autor w ostatnich zdaniach naprawdę się stara, to jednak nie jest ten poziom, co w “Enklawie”). Jedyne, co nam zostaje, to otoczenie, czyli sprawy łączące naszych bohaterów. I tu jest nieźle, nie dość, że para ma wiele spraw do wyjaśnienia, i musi się zmierzyć z naprawdę poważnymi konsekwencjami wydarzeń sprzed roku, to jeszcze autor bezlitośnie dorzuca nowe, gigantyczne wręcz problemy.

 

Ponieważ czytałem “Połów” już dobrze wiedząc, że na rynku jest kolejny tom, nie potrafiłem się odpędzić od uczucia, że jest to ten najsłabszy, drugi tom trylogii. Oczywiście nie wiem, czy to będzie trylogia czy coś dłuższego, ale “Połów” faktycznie przebrnąłem szybko tylko dlatego, że chcę wiedzieć co będzie dalej z bohaterami, i fakt powstania kolejnej książki daje oby nie złudną nadzieję. Romans przy kryminale u mnie jest zawsze mile widziany, więc się do Hallbjorna i Katrine zwyczajnie przyzwyczaiłem i życzę im jak najlepiej. I szczerze mówiąc jeśli ktoś bohaterów nie polubił, to wątpię, by z “Połowem” spędzał miło czas - kryminalna strona książki jest naprawdę kiepska… nie, nie kiepska, po prostu nudna. Nic, zabieram się za “Prom” z oczekiwaniami ale i z obawą.

Wyprawa na Wyspy Owcze z Remigiuszem Mrozem

Enklawa - Ove Logmansbo

Drugą powieścią Remigiusza Mroza, po którą sięgnąłem jest książka napisana pod pseudonimem, do której autorstwa pisarz "przyznał się" stosunkowo niedawno. Wybór padł z powodu miejsca akcji - Wysp Owczych - które są krainą mocno mnie interesującą - niewielka społeczność, zimno, z dala od wielkiego świata.

 

Zasada prowadzenia akcji jest identyczna jak w przypadku "Kasacji" - bardzo szybkie sceny-rozdziały, zero zbędnego pitu-pitu, wyraźnie nakreślone postaci wykonujące kolejne czynności. Poznajemy jednego z Farerów, wdowca, ojca nastolatki, której koleżanka zaginęła. Od razu na wyspę przybywa wysłanniczka duńskiej policji, i to właśnie z perspektywy tych dwóch postaci będziemy oglądać jak zdawałoby się spokojne, nudne, wręcz rutynowe życie wyspiarzy okazuje się być równie zagmatwanym, jak życie wśród codziennego zgiełku cywilizacji.

 

Z losów postaci wyłania się obraz zamkniętej społeczności, która jednak ma swoje problemy. W czasach globalizacji i powszechnego dostępu do internetu, smartfonów i facebooka życie wygląda zupełnie inaczej. Szczególnie życie nastolatków, na co ich rodzice są w ogóle nieprzygotowani. Ponadto można się nieco dowiedzieć o innych problemach Farerów, jak podziały na tych, którzy pragną jedynie większej autonomii od Danii, jak i tych, którzy chcą pełnej niepodległości. Niczym Nigel Farage, bezmyślnie tłuką w umysły prostych ludzi o wolności, dobrze wiedząc, że bez wsparcia Danii skaliste wysepki na północnych wodach nie będą miały żadnych szans na sprawną ekonomię.

 

Powieść doskonale trzyma w napięciu, o wiele bardziej, niż wspomniana "Kasacja". Akcja jest przedstawiona w taki sposób, że czytelnik z obserwatora staje się niemalże czynnym uczestnikiem wydarzeń; mamy wrażenie, że podobnie do bohaterów sami pod poczuciem stałego zagrożenia składamy fragmenty danych, próbując złamać tajemnicę i wyjaśnić to, co zdarzyło się przed kilkoma dniami. Zakończenie jest także bardziej, niż ciekawe, zresztą kto wie, czy to naprawdę koniec? Chcę wiedzieć, zatem od razu sięgam po kolejną powieść Ove Logmansbo.

Remigiusz Mróz po raz pierwszy, i na pewno nie ostatni

Kasacja - Remigiusz Mróz

Zawrotną karierę robi stosunkowo młody pisarz - Remigiusz Mróz. Dosłownie wyskakuje zewsząd, pisząc tak wiele książek i to w tak różnych gatunkach. Ja postanowiłem zacząć od powieści nazywanej przez niektórych "thrillerem prawniczym", bo swego czasu zaczytywałem się w klasykach Johna Grishama. "Kasacja" to pierwszy tom opowiadający o Joannie Chyłce, pani adwokat z dużej firmy. Do jakości Grishama co prawda jeszcze brakuje, ale książka i tak jest zaskakująco dobra.

 

Piszę zaskakująco, bowiem "Kasacja" od pierwszych chwil strzela w czytelnika zdarzeniami, przy których trzeba mocno mrużyć oczy, aby je sobie dobrze usadzić w świecie przedstawionym. Sam pomysł, w którym nowicjusz trafia na starą wygę jest mocno ograny, a jeśli dodamy do tego błyskawicznie rodzącą się więź między bohaterami, to wychodzi rzecz momentami nieco naciągana. I tak jest do końca, rozwiązania czasem choć na pozór sprawiają wrażenie przygotowanych zawczasu jednak bardziej kojarzą się a magiem i jego magicznym cylindrem, z którego je wyciąga... ale to wszystko tak naprawdę nie ma większego znaczenia.

 

Bowiem Remigiusz Mróz okazuje się być twórcą, który ma rewelacyjnie zbudowany warsztat pisarza. Autor posiada prawdziwy talent operowania słowami: nigdy w książce, nawet ani razu nie stawia zdań, które są zbędne, niepotrzebne i opisujące w sumie nieistotne sprawy. Ba, wręcz przeciwnie, książka jest bardzo dynamicznie napisana, z krótkimi rozdziałami-scenami, niczym w filmie, gdzie czytelnikowi stale towarzyszy syndrom jeszcze jednej sceny, oderwać się od lektury jest bardzo trudno, i to pomimo pewnych naciągnięć, o których wspominałem wcześniej. Jeśli odpowiednio zmrużymy oczy i przestaniemy konfrontować zawartość książki z naszymi wyobrażeniami o świecie mafii, polityki i prawników, "Kasacja" okazuje się powieścią wypełnioną dobrymi dialogami, przekomarzankami napisanymi z wdziękiem, które skupiają czytelnika na bohaterach z kancelarii na tyle, że momentami można zapomnieć o sprawie, którą prowadzą. A ona sama jest przecież także nieprzeciętna i jej rozwiązanie wzbudza ciekawość.

 

Przyznam, że to niezły "thriller prawniczy". Jasne, że przesadzony, starający się wystrzelić przynajmniej kilka fajerwerków, z których nie wszystkie ładnie wybuchły. Ale jak mówię: trzeba przyjąć na klatę świat przedstawiony i po prostu dać się porwać historii, wówczas lektura jest bardziej, niż przyjemna. Książka sprawia dużo radości i trudno mi sobie wyobrazić, by teraz Joannę Chyłkę zostawić i do jej spraw nie wrócić. To bardzo udany początek znajomości.

Czy to jeszcze radosny idealizm, czy już okropna naiwność? Czyli o zakończeniu trylogii WWW

www.Wolność - Robert J. Sawyer

Robert J. Sawyer to jeden z moich ulubionych pisarzy SF. Jednak nie potrafię udawać ślepoty, i doskonale zdaję sobie sprawę, że końcówki jego książek (lub całych serii) bywają… specyficznie radosne, pełne nadziei, a w zasadzie to po prostu nierealne. Nie inaczej jest w przypadku długo wyczekiwanego zakończenia trylogii WWW, które ostatecznie zdecydowałem się kupić także w naszym ojczystym języku, mimo pewnych kontrowersji towarzyszących wydaniu tej powieści (ograniczona ilość, cena).

 

Istota nazywająca siebie Webmindem, czyli powstała w światowej sieci prawdziwa Sztuczna Inteligencja nie dała się pokonać i trwa. Aby uzmysłowić ludziom, że nie stanowi zagrożenia przygotowuje szereg zadziwiających projektów, które mnie osobiście wydawały się jednak zbyt przesadzone. Oto pojawia się twór, który mając do dyspozycji dane stworzone przez ludzi potrafi je zanalizować lepiej, i ot tak, po prostu, oferuje rozwiązania graniczące z cudem? Ale to tylko mój pierwszy problem z fabułą, drugim bowiem jest traktowanie przez autora ludzi jako istot z gruntu dobrych i rozsądnych. O ile można się zgodzić z takim postawieniem sprawy w przypadku tak zwanych „zwykłych ludzi”, ukazanie światowych agencji bezpieczeństwa jako skłonnych do kompromisu, rozważnych, trzeźwo myślących ludzi o analitycznych umysłach to absolutna przesada. W całym cyklu jest tylko jedna osoba aktywnie próbująca zwalczyć SI, i to razi, tak nie funkcjonuje świat. Sawyer chce pokazać nam dobro w nas samych, ale mógł się bardziej postarać, bo to, co prezentuje jest co najmniej naiwne, a momentami wręcz infantylne. Facet wydaje się być bezkrytyczny. Rozumiem powód, jasne, ale literatura oprócz ogromnej dawki idealizmu i nadziei powinna oferować też dobrą akcję, a „Wolność” momentami wygląda tak, jakby Arnold pod postacią T-800, ze strzelbą wymierzoną w moją czaszkę powiedział: „nie stanowię żadnego zagrożenia”, a ja odpowiadam z uśmiechem: „no przecież, trzymasz w ręce parasol”.

 

Na całe szczęście pod historią o przetrwaniu Webmindu zostało poruszonych nieco istotnych tematów, w tym ten o przemocy w sieci. Autor pozwolił sobie zanalizować potrzebę anonimowości w sieci nie atakując jej, i utrzymując, że w pewnych momentach jest niezbędna, że bez anonimowości sieć nie będzie już tym, za co ją kochamy. Zaprezentował jednak także mocne argumenty dla rezygnacji z „bezimienności” na rzecz podpisywania się pełnym imieniem i nazwiskiem, a nawet próbuje czarować pomysłem na weryfikację tożsamości, a wszystko w celu słusznym. Chyba warto sobie ten temat przemyśleć, bowiem pokolenie ludzi oglądających narodziny internetu jest dość odporne, ale ludzie młodzi, z internetem dorastający, reagują zupełnie inaczej, i potrzebuje czegoś, co ich obroni przed całym złem, jakie można tu spotkać.

 

To druga, po „Mindscan” książka Roberta J. Sawyera, do której mam tyle zarzutów. Co nie zmienia faktu, że obiektywnie jest bardzo dobra i szczerze całą trylogię polecam. Nie da się ukryć, że oferuje zupełnie inne przedstawienie Sztucznej Inteligencji niż to dotychczas znane z popkultury. I może warto takie podejście poznać, i samemu przemyśleć, bo czas powstania SI jest coraz bliższy.