818 Obserwatorzy
30 Obserwuję
pablos

Pablos czytelnik

Hity i zgrzyty, czyli posumowanie mojego czytelniczego roku 2015

Wielu robi podsumowania na koniec roku, myślę, że ja tym razem też zrobię. Głównie z ciekawości przejrzenia swoich opinii - czy już zdążyły się zmienić?

 

Razem było ich nieco ponad 70. Niektórzy wyśmiewają różnego rodzaju wyzwania, bo i niektórzy idą tylko na ilość - ale każdemu wolno wszystko, i sam przyznam się, że lubię widzieć te ponad 52 zaliczone w roku książki. I lubię to liczyć. W czasach, gdy chyba już więcej gram, niż czytam (w przeliczeniu na godziny), te 52 sztuki wydają się być absolutnym minimum, i zawsze gdy jest więcej czuję zadowolenie.

 

Oczywiście moja lista też bywa trochę sztucznie nadmuchana. Pod choinką znalazłem papierowe wydania czterech książek-wywiadów z naszym rodzimym świadkiem koronnym - Masą - a że czyta je się szybko, dwa pierwsze pękły jeszcze przed sylwestrem. Z równym brakiem powagi i respektu (przepraszam) traktuję wywiady-rzeki z panami Staszewskim i Lipińskim - to nie powieść, nie wymaga skupienia, czyta się w kilka godzin. Ale kolejne dwie sztuki odhaczone.

 

Z drugiej strony zaliczyłem też parę pozycji, których lektura trwała dłużej niż tydzień, który to przecież jest wyznacznikiem całego tego “wyzwania” zaliczenia 52 książek w roku. Była “Burza” pana Parowskiego, rzecz, która nie czyta się sama i która potrafi mocno zmęczyć. Był “Świat bez końca”, tysiąc stron niezłej lektury, na którą też trzeba poświęcić tyle godzin, co na trzy inne powieści, podobnie “Zima świata” i “Krawędź wieczności” - trzy ogromne książki Kena Folletta.

 

Były w tym roku rozczarowania i zjawiska przepiękne. Mam taki system (chyba wielu nieco bardziej aktywnych czytelników go wyznaje), że gdy coś mi się spodoba, natychmiast sięgam po kolejne pozycje danego twórcy. Bardzo miło wspominam zatem pana Joe Hilla, syna Sami Wiecie Kogo, który mnie zaczarował, bo na trzy dotychczas napisane książki każda jedna trafia w mój gust idealnie. Dobrze kojarzy mi się Kasia Puzyńska, właśnie do mnie dotarło, że w roku 2015 rozpocząłem czytać książki tej pani, i przeczytałem na razie wszystkie, a każda jedna była bardzo udana (no, “Z jednym wyjątkiem”). Także ten rok odkrył przede mną literaturę tworzoną przez Wita Szostaka, którego “Sto dni bez słońca” mnie zwaliło z nóg, a pozostałe dwie zaliczone w tym roku książki pozostawiły po sobie mocne wrażenie obcowania z czymś innym, czymś odstającym od reszty rynku, oczywiście odstającym na plus.

 

Warto wspomnieć także o pojedynczych pozycjach, które sprawiły, że rok 2015 był literacko niezły według mnie. Przede wszystkim “Inna dusza” pana Orbitowskiego, która wreszcie okazała się być lepsza, niż słynne “Wigilijne psy”, które póki co najlepiej mi pasowały spośród książek tego autora. Koniecznie trzeba wymienić też “Dygot” pana Małeckiego, który pokazuje, że lada moment pisarz ten będzie stawiany na jednej półce z panami Twardochem, Szostakiem i Orbitowskim właśnie. Rok 2015 to też Harper Lee, i bez względu na genezę pomysłu wydania tej napisanej przed półwieczem powieści należy przyznać, że jest to rzecz niezła, choć tylko w odniesieniu do treści i sukcesu “Zabić drozda”.

 

Rozczarowania też były. Największym znajduję sagę Jean M. Auel o Klanie Niedźwiedzia Jaskiniowego. Pierwszy tom obiecywał tak wiele, a potem okazało się, że to romans dla nastolatek, jedynie wyprzedzający swój czas. Z nowszych pozycji mamy “Łzy diabła” pani Kozak, dla mnie będący powieleniem słabego “Fioletu” i “Gniew” pana Miłoszewskiego, pokazujący jak mężczyzna nie powinien kończyć, jeśli już coś zaczął. “Gniew” to dramat, tragedia, samo wspomnienie boli, zarówno tego, jak potoczyły się losy Szackiego, jak i zmarnowania tematu, którego w tym kraju marnować się nie powinno - przemoc w rodzinie, przemoc wobec kobiet.

 

To nie był zły rok, stwierdzam, patrząc na swoją listę. Druga połowa obfitowała z książki, których raczej bym nie kupował, a to wszystko dzięki usłudze czytania bez limitu od księgarni Legimi. Choć powiem Wam, że od przybytku głowa potrafi zaboleć. Kilka wciąż nie dotkniętych nawet powieści papierowych mam na półce, głównie serię “Zwrotnice Czasu”, którą wciąż wydają, a ja wciąż kupuję. Grubo ponad tysiąc wciąż nie przeczytanych ebooków zakupionych w promocjach i nie tylko przez ostatnich pięć lat. I ponad dwanaście tysięcy książek w Legimi. Wybór lektury jest coraz trudniejszy, ale to bardzo miłe zmagania. :)

 

Moje opinie jak widzę nie zmieniły się specjalnie. No, poza "Setką dni bez słońca", którą książkę po czasie uznaję za jeszcze lepszą, niż na świeżo po lekturze. W 2016 będzie podobno nowy Joe Hill, lada chwila powinien się ukazać też dziewiąty tom przygód Uthreda autorstwa Bernarda Cornwella (przy okazji: widzieliście serial "Last Kingdom"? świetnie oddaje atmosferę książek!). Może wrócę w tym roku do lektury "Mrocznej Wieży"? Zobaczymy. Pozdrawiam i życzę szczęśliwego nowego roku :)