818 Obserwatorzy
30 Obserwuję
pablos

Pablos czytelnik

Teraz czytam

Zemsta i przebaczenie. Narodziny gniewu
Joanna Jax
Cztery łabędzie
Winston Graham
Łaskun
Katarzyna Puzyńska

Zamiast konstruktywnej krytyki – frustracja, czyli o „Listach z Ziemi” M. Twaina

Listy z ziemi - Mark Twain

Nieduża książeczka, która obiecywała tak wiele tematem i nazwiskiem autora dla mnie niestety okazała się ogromnym rozczarowaniem. Nie należąc do wielkich fanów chrześcijaństwa, religii, czy też wiary w przeróżne mistyczne zjawiska miałem nadzieję na coś konstruktywnie krytycznego, coś napisane przez fachowca od języka dla mas, nadającego się do cytowania i polecania innym.

 

Po prawdzie interesujące są zaledwie dwa pierwsze listy, które przedstawiają człowieka jako istotę pełną wzajemnie się wykluczających pragnień. Szybko jednak się okazuje, że autor nie będzie trzymał się prostych porównań ludzkich życzeń z ichnimi wyobrażeniami o życiu wiecznym, nie będzie punktował zwyczajnych głupot, jakie stały się symbolem wieczności w niebie, nie będzie także piętnował tych wszystkich nieścisłości między okrutnym Bogiem sprzed lat i miłosiernym Ojcem-Stwórcą z Nowego Testamentu w dodatkowym zwarciu z tym, jak obaj Bogowie są czytani i interpretowani przez tak zwanych “ludzi kościoła”. Niby to robi, ale w tak zły sposób, że aż boli...

 

Listy z Ziemi, mimo moich najszczerszych chęci, trudno jest mi uznać za rzecz wartą poznania. Niechęć do chrześcijaństwa, czy też może tylko kościoła, a może do religii jako sposobu wygodnego życia dla niektórych grup społecznych jest to niczym innym jak zwyczajnym kpieniem z Biblii. Co samo w sobie nawet lubię, jeśli kpienie ma w sobie choć odrobinę dowcipu, nawet jeśli to dowcip ciężki. Natomiast w Listach widać przede wszystkim ogromną niechęć autora, wstręt na tyle duży, że talent pisarski gdzieś się zgubił, a całe zjawisko jest dla Twaina tak ohydne, że nie jest w stanie odnieść się do niego na spokojnie, że sam się nakręca, tworząc coraz to dziwniejsze twory i porównania, coraz bardziej prymitywne i płytkie.

 

Autor sam dał przeciwnikom narzędzia do krytyki tego dzieła, bo poważnie, opisywane przez Szatana porównania i sytuacje są tak naciągane, tak grubymi nićmi szyte, że nawet ktoś, kto sam chętnie religiom dokucza nie potrafi być ślepym; książeczka nie ma absolutnie nic wspólnego z krytyką czy próbą polemiki lub uświadomieniem jakiejś części społeczeństwa. Z ogromnym żalem, ale szczerze i krótko: to zwyczajne wiadro pomyj wylane na religię chrześcijańską. W ten sposób nikt nie zacznie zadawać pytań, prędzej grono wiernych się zwiększy po lekturze.

 

Jako skończony naiwniak wyobrażam sobie, że autor tego nie publikował, bo doskonale sobie zdawał sprawę z niskiego poziomu. Że pisał to aby odreagować frustracje, do szuflady, a wydali potomni dla kasy. W każdym razie: jeśli ktoś, jak ja, spodziewał się odkryć tu jakieś niezwykłe spostrzeżenia, racjonalne, kreatywne i rzeczowe - sorry, zły adres.